Norseman 2013 – po kolei – 2

9
14

Mój zapał do opisania przebiegu zawodów i wrażeń z nimi związanych jest tak duży, jak brak czasu jaki mogę na to przeznaczyć, byle nic nie uleciało z głowy, ale to chyba niemożliwe…

 

3.8.2013, kilka minut po 02.00

 

W Tricamp zaczynają powoli dzwonić budziki. Ja już dawno temu wyłączyłem mój- nie będzie potrzebny. Zaczyna się krzątanina – większość ekip pakuje spanie, zawodnicy w kuchni zaczynają swój jedyny tego dnia typowy posiłek. Mam przygotowane wieczorem lekkostrawne kanapki, trochę na teraz, trochę na drogę do promu.

Jeszcze ostatnie ustalenia z drużyną, zebranie naszych rzeczy w jedno miejsce i ruszamy.

Jak wiele innych ekip, idziemy na start pieszo, prawie kilometrowy nocny spacer, wśród konturów gór widocznych wokół, dobrze nam na pewno zrobi. Niezła atmosfera, podobna może do tej w pobliżu kościołów w Wigilię przed północą – grupki ludzi z różnych stron łączą się w jeden strumień, tylko stroje trochę inne i każda ekipa prowadzi rower.

Prom już stoi przy kei – ten sam, który znamy już z filmów i zdjęć. Duży :-).

Przy wejściu do T1 – pierwsza ze skrupulatnych procedur Norseman Crew –sprawdzanie hamulców i oświetlenia w rowerze, odblaskowych ciuchów w bagażu, kasku i oczywiście opisanie zawodników numerami. Trafiamy na wesołą malarkę, po krótkiej rozmowie mówi, że coś jeszcze może mi nasmarować markerem, może kwiatek? Pewnie, a co, ma być wesoło…

W T1 całkiem ciekawy patent – nie ma poręczy do podwieszania rowerów i skrzynek na sprzęt, tylko drewniane pudła z przegródkami: szeroką na rzeczy i wąska na koło roweru. Jakoś luźniej jest dzięki temu, można bez problemu obejść rower, który bardzo stabilnie stoi.

 

Nie wiadomo kiedy zacznie padać, więc cały sprzęt układamy w foliowej torbie i powoli szykuję się do wejścia na prom. Dochodzi czwarta. W strefie zmian robi się dość ciasno, więc obsługa zachęca ‚pomocników’ do wychodzenia, a zawodników do przechodzenia w kierunku trapu.

W przylegającym do T1 hotelu rozkoszny widok – ludzie siedzą sobie na balkonach i piją poranną kawę. Jest ok. 04.10 🙂

Coś ciekawie szumi unosząc się w powietrzu – ale odjazd, zdalnie sterowany dron-śmigłowiec z kamerą, zbiera pewnie materiały do następnego klimatowego filmiku.

To jest ten moment – Norseman na prawdę się zaczyna, żegnamy się z drużyną wsparcia, jeszcze jakieś ostatnie zdjęcie – i w rejs! Wszystkie graty do pływania mam w jeszcze w worku – jakoś nie mam ochoty na zbyt długie siedzenie w piance, poza tym wolę się rozgrzać i rozciągnąć jeszcze w dresie.  Wszyscy zawodnicy pozostawią potem worki na promie, nasze drużyny odbiorą je w T1 zanim dopłyniemy.

Jest już grubo po 4 gdy prom odbija od brzegu. Typowy prom samochodowy.  Można pójść na piętro do saloniku z wygodnymi fotelami – ale mało kto wybiera wygodę. Większość zawodników rozsiada się pod ścianami pokładu samochodowego.

Rozgrzewki, rozciąganie, medytacje, leżenie, modlitwy, rozmowy, wc – kto wie co jeszcze.  Najwyraźniej wszyscy chcemy by rejs minął jak najszybciej. Obok mnie siedzi zawodnik ze Stanów – chwilę rozmawiamy, spotkamy jeszcze na ok. 18. km biegu.

 

Przez cały czas na promie czuję wyraźne kołatanie serca – niby jestem spokojny, ale niepewność związana z nieprzespaną nocą trochę mnie męczy. Postaram się zagiąć i ukończyć te zawody, w końcu 2 lata temu zrobiłem Borówno po 2 godzinach snu, często jestem niewyspany, będę dobrej myśli.

Naprzeciwko siedzą dwaj norwescy gladiatorzy – mimowolnie patrząc na nich jestem pewien, że to chyba pewniacy do miejsc na podium.

 

Prom już się zakręca podchodząc do miejsca startu. Nie ma czasu na rozczulanie się. Ubieram piankę, kominiarkę, okularki niestety muszą być pod kominiarką, więc od tej pory mam dość słaby kontakt wzrokowy z sąsiadami. Jak wielu innych zawodników zalewam piankę wodą choć wiem, że szoku termicznego nie będzie – ta w fiordzie  ma ok. 16C, chodzi raczej o dobre przyklejenie się pianki do skóry. Trochę wazeliny na bose stopy – i jestem gotów do ewakuacji.

 

Prom stoi. Wszyscy podchodzą już do rampy, nikt chyba nie idzie do ‚chicken door’ – zejścia do wody z dolnego pokładu. Napięcie rośnie. Za chwilę, z własnej woli wyskoczymy z zupełnie sprawnego statku do fiordu, który ma 400m głębokości. Nieźle. Do ostatniej chwili popijam Vitargo, w tłoku przed otwarciem rampy przybijamy z sąsiadami ‚piątki’ i ‚żółwiki’ – „do zobaczenia na szczycie’,’let’s take the black’, „let’s have it done’ to podstawowe pozdrowienia tego poranka.

 

Jest! Skaczemy – większość na nogi, gość przede mną z saltem, ja na ‚świecę’, zabezpieczając rękami czepek i okularki. Ale orzeźwienie! Tej ochłody potrzebowałem – kołatanie serca gdzieś zniknęło, przepływamy jakieś 150m w bok od promu, w kierunku kajaków tworzących linię startu. Małe zaskoczenie – pod nami jest nurek z kamerą  – kolejne ujęcia do filmu N13, pewnie. W pobliżu jest odkryte zakole drogi, skąd radośnie powrzaskuje do nas całkiem spora grupa kibiców. Będziemy ich słyszeć jeszcze wielokrotnie na najbliższych 3.8km…

 

Stłoczeni na linii startu czekamy ok. 10 minut. Robi się już dość widno, nie ruszając się zbytnio – zaczynamy odczuwać lekki chłód wody. Zgodnie z zaleceniami przedstartowymi, mamy płynąć możliwie blisko zatokowego, klifowego brzegu – do rogu fiordu, gdzie będzie widoczne z daleka rozpalone duże ognisko a na wodzie łódź z migającym światłem którą trzeba okrążyć. Mamy być jak owce, a kajakarze z Norseman Crew jak pasterze :-).

 

OK. 0510 jest wyczekiwany sygnał startu – syrena promu trzykrotnie rozbrzmiewa, wiosła kajakarzy unoszą się i ruszamy. Nie ma pralki – stawka jest dość szeroko rozłożona, 232 pływaków to w końcu nie jakieś mrowie.

Pierwsze kilkaset metrów płynę dość miękko, na rozgrzanie rąk. Woda jest  niesamowicie przejrzysta – chyba jeszcze nigdy nie pływałem w tak czystej.  Powoli robi się zupełnie jasno. Doskonała czystość plus lekkie zasolenie dają wrażenie, jakbyśmy byli zatopieni w jakimś krysztale. Widać każdą kreseczkę na wyświetlaczu zegarka.  Gdy płyniemy bliżej brzegu – widać dno, choć jest  min. 20m w dół, nie ma problemów z nawigacją – po prawej stronie  widać ścianę masywu skalnego. Cały czas  mam kontakt wzrokowy z kilkoma – kilkunastoma pływakami wokół mnie, co pozwala utrzymać z grubsza prawidłowy kierunek.

Jedynym większym problemem jest bardzo silny wschodni wiatr – kręcący już przy brzegu – i duże zafalowanie fiordu. Trzeba się pilnować na wdechach – z lewej strony fala naciera prosto w twarz, z prawej – przelewa się przez głowę. Parę niewielkich łyków solanki na całym dystansie na pewno pociągnąłem. Ubocznym skutkiem takiej pogody są ‚skoki’ zawodników: na lewym wdechu widzę kogoś po lewej stronie, po 2 cyklach już go tam nie ma, bo jest z prawej i tak w kółko. Chyba fale fundują nam pływanie lekkim wężykiem.

Płynę równo, swoim tempem, starając się trzymać równe mocne tempo z długim napływem. Zdarzają się kilkusetmetrowe odcinki gdy płyniemy z innym zawodnikiem równo obok siebie.

 

Po nawrocie na boi jest już naprawdę ciekawie. Płyniemy prostopadle pod wiatr i fale, co jakiś czas, jak ostro halsujący jacht, mam głowę wysoko nad wodą, by zaraz uderzyć w  dołek fali. Zabawnie, ale chyba słabo to wpłynie na  wynik.

 

Płynąc wzdłuż kei mam wrażenie, że widzę Marcina i na prawym wdechu macham do niego. Ale jest ich kilku:-). Na jej końcu jest skręt w prawo i ok. 20m do brzegu. Zgodnie z tym, co sobie kiedyś ubzdurałem – końcówkę płynę moim ulubionym (bez wzajemności) motylkiem. Dla urozmaicenia, wyjścia z rotacji i po prostu – bo tak.

 

Na brzegu – zaskoczenie  – stoi  w wodzie szef Kalle, w piance do pasa  podaje rękę wszystkim wychodzącym z wody.

Po tym bujaniu na falach błędnik rzeczywiście szaleje, więc pomocna dłoń się przydaje – i jakie pokrzepienie!

Wybiegam na brzeg uwalniając głowę z kominiarki – na szczęście w umówionym miejscu jest Gosia, podaje mi butelkę z ‚węglem’ który wypijam w drodze do T1. Jest OK, nie czuję zmęczenia.

Szybko przebieram się w dekorację kolarską.Pierwszy raz w T1 mam kogoś do pomocy – przydaje się podawanie kolejnych rzeczy.

Obowiązkowy jest strój odblaskowy i światła na pierwszy podjazd – ze względu na jazdę tunelami. Nie chciałem luźnej kamizelki, więc mam całkiem niezłe gumowe szelki ze sklepu dla motocyklistów. Jeszcze tylko szybko wciągnięty żel Vitargo, wepchnięte pół banana i w drogę!

Przy bramce wyjściowej – obowiązkowe sprawdzenie zapięcia kasku i zapalenie świateł . Przy wyjeździe z T1 mijam zagrzewających mnie do boju Marcina i Marka, dalej też niezły tłumek kibiców. Wśród radosnego „heja, heja’ wyruszam na odcinek rowerowy – za ok. 20 km mam się spotkać z moją drużyną. Przede mną prawie 40 km podjazdu aż do Dyranut, na wysokość ok. 1250m, a jestem na poziomie 0.

Druzyna wsparcia też zaczyna swój wyścig…

//dzięki za cierpliwość, już spisuję notatki i wybieram zdjęcia z roweru.

Pozdrawiam,

adamk

9 KOMENTARZE

  1. Parafrazując lekko klasyka napiszę: nie ma słów dostatecznie kulturalnych aby by opisać to co czuje – gdy czytam Twoją relację Adamie….po prostu magia. Cytat dnia: ‚wychodząc z wody nie czuje zmeczenia’…..ja bym pewnie już nic nie czuł 🙂

  2. Cholera….ale się czyta! Wiem, że zazdrość to płaskie uczucie… i ogólnie rzecz biorąc nie bywam zazdrosny…ale tu muszę się przyznać, że zazdroszczę udziału i ukończenia TAKIEJ IMPREZY! Troszkę wstyd 🙂 Jeszcze raz chylę czoło…

  3. Super relacja! Właśnie to co jest dla mnie osobiście największą niewiadomą to logistyka na takich zawodach. Czekam z niecierpliwością na dział ‚rower’.

  4. Świetnie się czyta tę relację – czekamy na cd. ponowne GRATULACJE !!! Również dla Grupy Wsparcia /specjalnie z dużej litery/ 😉

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here