„Święta – najcięższy okres w życiu triathlonisty” – Filip Przymusiński

11
15

O ile jednodniowe zjazdy rodzinne i inne podobne uroczystości można porównać do ¼ IM, to już trwające kilka dni święta to istny Ironman. Start na tym królewskim dystansie robi się przede wszystkim głową. Trzeba pokonać samego siebie, mieć straszny zapas uporu i silnej woli. W święta dokładnie te same cech charakteru poddawane są ogromnej próbie. Niby wolne, dużo czasu, można się wyspać, naładować akumulatory, wypocząć fizycznie, psychicznie i uzupełnić glikogen. Niestety jest też druga storna medalu. Nadmiar czasu bywa równie uciążliwy jak jego brak. Gdy moje życie zasuwa niczym Pendolino, o dziwo wszystko się udaje. Mam półtorej godziny okienka między zajęciami w pracy. 5 min przebranie, 15 km rozbiegania czyli +/-  1h10 min, 10min na prysznic, 5min na przebranie. Znów jestem gotowy do zajęć, a wszystko bez nadmiernego ciśnienia, bo gdy jest potrzeba, na luzie urwę z tego schematu 10 minut, nie skracając dystansu biegu. A w święta? Miał być rower przed śniadaniem, no ale potrzeba snu wygrała. Potem śniadanie, kościół, po nim kawka i słodkie, po którym znów trzeba było poleżeć. I nagle z roweru w południe też wyszły nici, bo na 15-tą zaplanowaliśmy wizytę u rodziny żony. Co tam? – myślę – wsiądę po powrocie. Jak zwykle zasiedzieliśmy się. Potem jeszcze kąpanie pociech, usypianie i ostatecznie wsiadłem na trenażer o 23.00, a robotę skończyłem dnia następnego. Efekt tego był taki, że z planów by rano przed śniadaniem wymknąć się na bieg, nic nie wyszło. Ruszyłem dopiero po południu.

To w kwestii organizacji czasu, ale jest coś jeszcze gorszego! może nie wszyscy mają ten problem i szczerze im zazdroszczę. Ja niestety mam i jak się domyślam… nie tylko ja:

OBŻARSTWO!

Facet w barze złożył się, że zje 100 rogalików. Wzbudził śmiech, ale im bliżej był liczby 100 tym bardziej śmiech zmieniał się w podziw. Nagle przeżuwając 99 rogalika przez pełne usta wybełkotał- poddaje się nie dam rady. Jak to nie dasz? – mówi jeden z kibiców –  jeszcze tylko jeden i wygrasz. Nie dam rady, nie dam, 99 rogalika mam w ustach, a na pierwszym siedzę.

Tak się nieraz czuję, kiedy po raz setny słyszę, a spróbuj jeszcze tego, skosztuj tamtego, przecież nic nie zjadłeś, przecież są święta. Jak możesz? Cały dzień spędziłam w kuchni, a ty nie jesz, wyjdziesz na trening to wszystko spalisz… Dosłownie żadnego wsparcia znikąd.  Żeby ktoś chociaż powiedział dość grubasie, wiesz, że to ciastko to godzina biegu… tygodnie walki o każdy gram można zniweczyć w kilka godzin. I nawet dwuletnie córeczka bierze udział w tym spisku. Zauważyła, że wszyscy coś skubią, a mój talerz już od jakiegoś czasu pusty. Wdrapała mi się na kolana, pogłaskała mówiąc: „Tata, aja aja”, robiąc przy tym swoją słodką minkę, a następnie drugą rękę, w której miała jakiegoś batonika, skierował  do moich ust mówiąc: „Tata, am am”.

 

jedzenie swieta

Wracając do popołudniowego biegania – to był chyba jeden z najcięższych treningów, jakie mi się w roku trafiają. Gorszy niż ciężkie obozy, bps-y, tempówki i wszelkie zakładki. Z czoła ciekł mi majonez, pod pachami i na plecach cola z fantą, do kostek przywiązane szynki, gyrosy, piersi z kurczaka w sosie serowo-śmietanowym. Przyczepność jak na lodowisku, bo ślizgam się po jakiś śmietanach, lukrach i innych polewach. Wnętrze też nie daje mi spokoju i co chwilę z głębin odzywa się biała kiełbasa: „Pamiętasz jak 4 godziny temu byłam na talerzu? Gdybyś zapomniał, to jeszcze tu będę kilka godzin…”. Trening masakra. W końcu moja droga krzyżowa dobiega końca. Kierunek łazienka. Ruch znacznie poprawia perystaltykę jelit, potem natrysk. Detoks zrobiony, niestety w perspektywie jeszcze wizyta u szwagra żony, który z zawodu jest rzeźnikiem. Mięso ze świniobicia, które sztukuje jest nie do opisania. To, co kupujemy w markecie, to wyrób mięsopodobny, coś jak wyroby czekoladopodobne w PRL-u. Znów potężna próba silnej woli i zapewne kolejny detoks.

A tak było dobrze. Pomału, ale sukcesywnie sobie chudłem, a tu święta. Na razie jest remis. Proces chudnięcia wyhamował,  ale też nic mnie nie przybyło, co jest i tak dużym dokonaniem, bo zwyczajowo nadrabiałem ze 2, a nawet 3 kg. Do ostatniego gongu jeszcze jednak daleko. Końca walki nie wyznacza koniec świąt, a moment, kiedy wszystko wróci do stanu sprzed świąt. Na razie w lodówce wciąż zalegają nadwyżki przeróżnych wykwintnych potraw, wszędzie czają się całe gangi czekoladowych zajączków, lukrowych baranków i rzucają we mnie nadziewanymi jajeczkami w kolorowych papierkach. Ktoś to wszystko kiedyś będzie musiał zjeść. Lepiej czasem odchorować, niż miałoby się zmarnować.  Już wiecie,  dlaczego sportowcy tak często mają obozy w świętą. Litujemy się nad biedakami, co to zamiast być z rodziną katują się treningami gdzieś bardzo, bardzo daleko od domu. Fakt, w sferze rodzinnej nie mają lekko, ale za to jak mają lekko na talerzu. Dobrze, że następne święta dopiero w grudniu…

11 KOMENTARZE

  1. Filip
    Co do felietonu to nic dodać tylko Amen 🙂
    W kwestii PRO to patrząc na wyniki i poziom sportowy jak nic PRO, który musi niestety pracować co najmniej jak amator.
    I pozostaje jeszcze jedna kwestia sukcesów Filipa(przepraszam, że zdradzam ) oczywiście poza treningami to na pewno musi być KIEŁBASA 🙂 w zeszłym roku w Przechlewie po 1/2 (oczywiście wygranej przez Filipa) widziałem jak zasiadł do stołu i jadł… co ? Kiełbasę. W felietonie wspomina o kiełbasie. Przypadek ? 🙂 ale jak się pytałem czy to jest kluczem do sukcesu to zaprzeczył 🙂
    Ps. jeszcze PRO w kontaktach interpersonalnych.
    Pozdrawiam

  2. Filipie, mimo, że tekst jest podlany sosem ironii, to wydźwięk ogólny bardzo smutny i depresyjny. Doceniam Twoją znajomość trudnego tematu – ja, który walczy z nadwagą od 44 lat!! Zaczynałem jako 14-letni zapaśnik, który zawsze przed zawodami musiał zbijać 2-3 kg, bo w tej samej wadze w klubie był lepszy zawodnik. Koledzy jedli kolacje, a ja latałem w dresie i ortalionie pół nocy, żeby zdążyć na ważenie.
    Twój dialog z białą kiełbasą jest godny filmu Tarantino!

  3. Mam też żonę, dójkę dzieci i prace na pełen etat która to jest moim źródłem utrzymania, w przeciwieństwie do Tri, które generuje raczej koszty, a sukcesem jest saldo zerowe w tym temacie. Treningi robię przed albo po pracy… AGE GRUPE jak nic, no może zaawansowany amator. I tu temat na kolejny felieton, bo w zasadzie gdzie jest granica PRO / AGE GRUPE ??? Określa ją wynik, czas jaki możemy przeznaczyć na trening, fakt posiadania sponsora, czy może główne źródło dochodu. Dzięki Jakub, właśnie zainspirowałeś mnie do kolejnego felietonu 😀 Pozdrawiam

  4. Filip,

    może na warunki światowe to jesteś amatorem, ale w Polsce to nie ma zbyt wielu bardziej profesjonalnych zawodników. Z tego co kojarzę to masz jakiś sponsorów więc z mojego absolutnie amatorskiego punktu widzenia to jesteś PRO ;).

    Pozdr.

    J

  5. Marek1523, pozwól, że się ustosunkuję 😀 Miło mi, że mówisz o mnie Pro, ale chyba mnie tutaj przeceniasz, bliżej mi do Age-Grupera. Co do wylewania 7 żali tez chyba nad interpretujesz, to raczej autoironia, pól żartem-pół serio, naprawdę nie miałem łez w oczach jak to pisałem 😀 Mimo raczej humorystycznego zabarwienia zaznaczam jednak pewien istotny aspekt: święta jednak destabilizują w pewien sposób przygotowania- wypada się z pewnego rytmu to raz, a dwa to waga i nie chodzi o to, że się przytyje, ale rozpycha się żołądek i potem np ja znów mam łaknienie na słodkie i opychanie się, i z dobry tydzień zajmuje mi powrót na normalne tory, jak doliczymy tydzień świat to już mamy pól miesiaca. Do pierwszego startu w Tri Olsztynie zostało już 5-6 tygodni- to lada dzień, inni już startują, a po drodze jeszcze np pólmarathon w Poznaniu, czy bieg na 10 km w Swarzędzu… z lat doświadczenia wiem, że nagłe skoki wagi czy to w górę czy w dół to nic dobrego. Jak przytyjesz, to się meczysz, jak za szybko chudniesz to tracisz siły. Tutaj całkowicie się nie zgadzam, że kilkudniowe obżarstwo nic nie zmieni, zmieni i jest bardzo szkodliwe. Jest dokładnie odwrotnie nisz piszesz-ktoś mniej zaawansowany mniej to odczuje, ale im bardziej jesteś jak to mówisz Pro tym bardziej sobie można zaszkodzić- i są to moje wnioski z lat doświadczeń. Jeśli ktoś się ze mną nie zgadza niech na jutrzejsze rozbieganie założy 3 kilowy plecak. Pozdrawiam Cię Marku Serdecznie i dziękuje za komentarz

  6. Do Marek1523
    Jak byś wiedział,nie chodzi o samą wagę ze nagle skoczy o 2-3kg jak ją i tak zredukujesz w toalecie i w nastepnych 3 dniach.Filipowi chodzi o to ze w tym okresie,oprócz normalnego treningu jaki chcielibyśmy wykonać,mamy wiele spotkań w rodzinnym gronie i co rusz nam wpadnie jakieś ciacho,nie chodzi ze minie nam dzień i treningu nie zrobimy.Chodzi o to że wypada nam w tym czasie tak naprawde cały tydzień a dla niektórych i więcej,Nie jest przyjemnie biegać po całodniowym obzarstwie potem niestety 3-4 dni trzeba niekiedy przemeczyć a w tym czasie ktoś mądzrzejszy i mniej poddatny trenuje i potem na zawodach odjezdza.

  7. Po to są święta by się dosłownie nażreć i odpocząć a nie wylewać swoje siódme żale na felietonach… jeszcze gdybym to napisał jakiś kompletny amator, który zaczyna przygodę ze sportem to bym zrozumiał, ale zawodnik pro ? Przecież Filip dobrze wiesz, że te kilkudniowe obżarstwo niczego nie zmieni … do sezonu jeszcze tak daleko by z wagą się wyrobić, że kto mądrzejszy ten do świąt nic nie kombinuje by redukować bo czasu dużo.

  8. Pozdrawiam , jakiś czas temu miałem taki sam problem ale w tym roku moja Żona postanowiła wystartować w TRI …no i okazało się że wystarczył jeden mazurek na całe Święta !

  9. Piękny tekst i jaki prawdziwy, bardzo podobnie było u mnie, z tymże ja mam wyjazd dwu dniowy w swoje rodzinne strony co zazwyczaj kończy się próbą „obskoczenia” jak największej liczby znajomych o rodzinie już nie wspomnę. Dobrze, że choć nie którzy już się przestawili, że teraz preferuję inną formę 4×100… 😉

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here