Jak to było w tym Kalmar? Pięknie było!

3
1
doping

Cholera! Zawsze to samo. Czy po każdym Ironmanie już tak będzie? Schodzi powietrze. Nie potrafię się zmotywować i potrzebuję kilku tygodni totalnego resetu. Jem i piję co popadnie: chipsy, pizza, jagodzianka, wino, piwo…coś mocniejszego też wpadło. I prawie żadnego treningu. I tak przez 3 tygodnie. Ale powoli zaczynam się czuć jak wygłodniały pies spuszczony ze smyczy, a na drzwiach swojego gabinetu mógłbym powiesić tabliczkę: „Uwaga zły pies. Jeśli już cię zaatakuje, to kładź się na ziemię i wołaj pomocy. Jeśli to nie pomoże, to…życzymy dużo szczęścia”. Dobrze, że ten stan lenistwa towarzyszy mi tylko przez te 3 tygodnie. Jednak prawie cały rok przygotowań do zawodów, reżim treningowy i żywieniowy powoduje, że po zakończeniu sezonu potrzebuję znowu poczuć się ŹLE, wejść w skórę tego drugiego Grassa, któremu nic się nie chce, który musi sturlać się z tapczanu, bo jest za tłusty, żeby się podnieść, który budzi się lekko skacowany, bo przecież nie wypadało zostawiać w butelce wina na jedną lampkę. Też tak macie? Uff… znaczy, że jeszcze nie zwariowałem, chociaż ostatnio moja żona powiedziała, że jesteśmy kompletnie pokręceni, kiedy do pierwszej w nocy rozmawiałem przez Skype z kolegami z Redakcji i pracowaliśmy nad stroną AT.

 

Powiedzmy sobie szczerze – czas 11h to nie jest to, co zakładałem i zupełnie nie odzwierciedla mojej formy na ten rok, a już na pewno nie jest obrazem ilości i jakości przygotowań. Coś, gdzieś zawiodło i chyba wiem co…muszę zacząć stosować się do wszystkich poleceń trenera. Jeśli mówi, żeby jechać na rowerze 33km/h, to nie mogę mylić drugiej trójki z ósemką! Jeśli mówi, żeby dużo pić, to nie znaczy, że chodzi o czerwone wino w ładnych szklanych butelkach tylko o bezbarwny izotonik w jakimś plastikowym bidonie. Kolejna prawda związana jest z nimi:

 

 

doping

 

 

W zasadzie gdyby nie doping na trasie- szczególnie na ostatniej pętli, to nie poprawiłbym życiówki o 16 minut, a ostatnie okrążenie w towarzystwie profesora (pierwszy z lewej), to było właściwe koło ratunkowe. Aga i Kuba, Jula i moja rodzina przechodzili samych siebie. Dziękuję! Na zdjęciu brakuje jeszcze Piotra Szulca, który mieszka w Szwecji kilkaset kilometrów od Kalmar, ale przyjechał tylko po to, aby kibicować. Bezcenne.

 

Noc przed zawodami spędziliśmy na polu campingowym w Kalmar. Wybraliśmy się do Szwecji cała rodziną, wynajmując przyczepę – planowaliśmy pojeździć za łosiami, przed którymi ostrzeżenia były niemal na każdym kroku. Nie dlatego, że są niebezpieczne dla ludzi, ale dlatego, że mogą nagle wtargnąć na jezdnię. Szwedzi jeźdżą bardzo ostrożnie i mało kto pozwala sobie na wyprzedzanie w terenie zalesionym. Czasami przez kilka kilometrów jechała za nami bardzo długa kolumna samochodów. 

 

los

 

 

Budzik zadzwonił o 4 rano. Sąsiad, 55-letni Szwed zaprosił mnie dzień wcześniej na śniadanie, więc owsianka już parowała i pachniała na stoliku przed przyczepą campingową. Zjedliśmy śniadanie rozmawiając o Polsce i zmianach. Sporo wiedział. Był nauczycielem historii, ale cytował zagadnienia wykraczające daleko poza standardowy program nauczania. A Ironman? To był jego pierwszy. Start wyznaczono dla wszystkich na godzinę 7.00.  Samochodem przyjechaliśmy na miejsce i zaparkowaliśmy tuż przy strefie zmian. Była godzina 5.45. Żadnych korków, oczekiwania, tłumów ludzi strojących w kolejkach. Od parkingu do wejścia do T1 mieliśmy około 50 metrów. Dzień wcześniej wstawiliśmy tam rowery i worki ze sprzętem sportowym, ale rano trzeba było jeszcze raz wszystko sprawdzić.

 

{gallery}t1_kalmar_sprawdzam{/gallery}

 

T1 – rozwiązana w bardzo prosty sposób. Metalowe ogrodzenie wokół parkingu samochodowego, stojaki na rowery, żadnych wykładzin i ozdób, po lewej stronie namiot i drewniane stojaki na worki ze sprzętem – jeden z rzeczami na rower, drugi na bieg. Trzeci, z rzeczami na przebranie, wrzucę za chwilę do samochodu ciężarowego, który zawiezie wszystko na linię mety. Przebierając się w piankę, myślałem o strefach zmian w Polsce – świetnie zorganizowanych z wykładzinami na dobiegu i w strefie, z dopingiem. Pod tym względem w niczym nie ustępujemy znanym korporacjom: Ironman i Challenge.

 

Przygotowany do startu, zaopatrzony w czepek i okularki musiałem przejść 200 metrów nad brzeg zatoki, gdzie wyznaczono linię startu w pływaniu.  Zauważyłem, że kilkuset zawodników i zawodniczek już stoi po pas w wodzie. Miłym zaskoczeniem były duże, białe tablice trzymane przez wolontariuszy, na których zapisano różne czasy pływania. Można było ustawić się na odpowiedniej wysokości rozciągniętego tłumu i niemal natychmiast wpaść w swój rytm pływania. Ustawiłem się w grupie triathlonistów stojących wokół tabliczki z czasem około 1h 10 minut, ale zanim tam dotarłem, musiałem przejść jakieś 20 metrów od pomostu do wirtualnej linii startu, którą wyznaczały wyłącznie postaci wolontariuszy. Dno usłane było kamieniami – nie kamykami, a kamieniami. Niektóre ostro zakończone i śliskie, więc tym bardziej trzeba było uważać. Spojrzałem na boje kierunkowe – było ich za mało. W zasadzie to nie były boje kierunkowe tylko nawrotowe, a ponieważ zawsze mam problem z nawigacją, to na każdych zawodach liczę na większą ilość małych oznakowań, które pozwalają płynąć w linii prostej.

 

{gallery}kalmar_swim_start{/gallery}

 

Nawet nie pamiętam, czy sygnałem do startu był wystrzał, czy syrena. Ruszyliśmy do pierwszej boi. Były dwie pętle plus kilkaset metrów dopłynięcia kanałem do strefy zmian. Nie spieszyłem się. Płynąłem z boku, więc uniknąłem kopnięć i włażenia sobie na plecy. Mimo, że płynąłem kilka metrów na lewo od wszystkich, zawsze do boi dopływałem od wewnętrznej strony. Tuż na ostatnich dwustu metrach pierwszego okrążenia minęliśmy łódkę sędziów i ratowników. Musiała pracować na paliwie, bo poczułem zapach oleju napędowego, intensywny zapach spalin, który trochę drażnił. Jeszcze 50 metrów i zbliżyliśmy się do pomostu, którym kilkanaście minut temu szliśmy na start. Robiło się coraz płycej. Poczułem wodorosty na dłoni i twarzy. Chwilę później słyszę krzyk kibiców, którzy stoją na pomoście i dopingują – wśród nich Aga, która razem z Kubą przyjechała do Kalmar. Nawet udało jej się zrobić to zdjęcie, na którym widać jak kaleczę technikę pływania! Dramat! Gdzie ten wysoki łokieć, który zawsze wychodzi na basenie?

 

wysoki lokiec

 

Po minięciu pomostu jest już tak płytko, że woda sięga do pasa. Można wstać i „delfinowym” skokiem pokonać kilkadziesiąt metrów, ale trzeba uważać na ostre kamienie. Zauważam, że tylko nieliczni tak robią…chyba tylko Ci, którzy są na bakier z pływaniem. Jestem w tej elitarnej grupie.  Swoją drogą, za te kamienie na dnie, organizatorzy zawodów w Polsce zostaliby „zjedzeni” przez zawodników. Już widzę te wpisy w internecie: „Wysokie wpisowe i takie przygotowanie trasy pływackiej?!” A w Kalmar cisza….kiedy rozmawiałem z zawodnikami, również z Polski, w ogóle im to nie przeszkadzało. Mnie owszem. Zadziwiające, jak wiele wybacza się organizatorom, którzy mają w klapie znaczek Ironman.

 

Ostatnie kółko i kilkaset metrów dopłynięcia kanałem do wyjścia. Mnóstwo wodorostów i woda o nieciekawym zapachu. Setki pływaków naruszyły zamulone dno. Ale na szczęście widzę drewnianą kładkę i wolontariuszy stojących po pas w wodzie. Pomagają wyjść po dość stromym podeście.

 

{gallery}kalmar_swim_exit{/gallery}

 

Bez trudu odnajduję worek ze sprzętem i pędzę do namiotu, w którym przebieram się z pianki. W strefie zmian spędzam 3min 53 sekundy. Mógłbym krócej, ale zapominam zabrać okularów i tracę około minuty na odszukanie swojego worka, który zdążyłem już rzucić na stertę innych tuż przy namiocie. Dobiegam do roweru. Nie mam problemu z nawigacją. Trafiam bezbłędnie.

 

rower1      rower2    

 

180km jazdy szybką i dobrą trasą. Jak zwykle euforia jedzie za mnie. Zawsze to samo…zawsze…choćbym nie wiem jak się starał, przez pierwsze 90km nogi pedałują dwa razy szybciej, niż chce tego głowa. Spoglądam na sport tester. Nie ma pulsu. No ładnie! I jak ja mam teraz kontrolować zakres?! Pasek przylega mocno do klatki piersiowej, nie wiem dlaczego nie działa. Jadę „na czuja”, a po 150km czuję, że to był błąd. Za chwilę do tego wrócę, ale wcześniej jeszcze słowo o samej trasie rowerowej. Jedyny trudniejszy moment to podjazd na most. I tyle. Reszta to trasa prosta jak stół.

 

most     most1

 

 

Drafting – jedyna rzecz, jaka denerwuje niemal na całej trasie. Po co ci sędziowie jeżdżą na tych motorach? Nie reagują, ale ja staram się robić to za nich. Jeśli tylko ktokolwiek podłącza się i próbuje wskoczyć do pociągu, zjeżdżam na lewą stronę jezdni i pokazuję ręką: „Droga wolna”. Momentami unikanie draftingu zaczyna być trudne, bo pech chciał, że potworzyło się sporo grupek, które zapychają trasę. Szarpiemy. Jazda interwałowa za chwilę może się źle skończyć. Odpuszczam. Kiedy mijają mnie kolejne grupki witam ich tylko pozdrowieniem: „This is not an Ironman. This is a Draftman”. Pojechali. Nawet się nie obejrzeli. Za to ja obejrzałem się na niektórych (niewielu ich tam było) kilkadziesiąt kilometrów dalej, na nawrocie, kiedy stali w „namiocie wstydu” – tak to powinno się nazywać. „Namiot wstydu” – usłyszałem to od Marcina Waniewskiego, który miał plany wprowadzenia tej nazwy w życie w Malborku. Nie wiem, dlaczego się nie zdecydował. Ja jestem za.

 

{gallery}kalmar_namiot_wstydu{/gallery}

 

W punktach żywieniowych biorę tylko wodę i izotonik. Wszystko inne mam na rowerze. Jem swój prowiant (żele, batony, sezamki, wziąłem nawet kawałek chleba). Kryzys przyszedł dopiero na 140km. To wtedy prędkość zaczęła spadać. Brakowało sił. Chyba za mocne tempo narzuciłem na początku, ale nie mając kontroli nad rytmem serca niewiele mogłem zrobić. Mam zbyt małe doświadczenie i zbyt słabo znam swój organizm, aby na podstawie samopoczucia określić zakres. Za chwilę wszystko zweryfikuje maraton.  Po T2 spaceruję 2,5 minuty. W zasadzie robię wszystko mechanicznie i nie tracę na nic czasu z wyjątkiem zakładania skarpet, ale nie ryzykuję biegu maratońskiego z gołymi stopami. Lepiej stracić 30 sekund niż kilkanaście minut z uwagi na dyskomfort spowodowany obtarciami. Początek maratonu – jak zwykle z uśmiechem…nie wypadam z roli.

 

run1

 

Trasa maratonu to płaski teren, z kibicami na trasie, sporą ilością punktów odżywczych, gdzie stoły zastawione są jak na wesele. Przez chwilę faktycznie pomyślałem, że trafiłem na jakiś piknik: słone chipsy, ogórki, chleb, żele i batony energetyczne, pomarańcze, cytryna, izotoniki, woda i pepsi. Od wyboru do koloru. Na każdym „wodopoju” żartuję z wolontariuszami i zabieram na moment całą miskę chipsów. Czuję, że brakuje mi soli.  Ale pierwsze 12km wzorowe. Biegnę tak, jak powinienem. Około 5min/km. Okrążenia świetnie pomyślane. W sumie trzykrotnie przebiegamy przez centrum miasta, a w pewnym momencie mijamy metę z widocznym zegarem. Na niektórych działa to motywująco, niektórym przeszkadza. Na każdym okrążeniu dostajemy opaski, aby z nadmiaru endorfin nie zrobić przypadkiem za dużo kilometrów.

 

No dobrze. Czas to pokazać. Kryzys przyszedł na 32 kilometrze. Wyglądałem tak:

 

run2

 

To jedno z lepszych zdjęć…te, na których wyglądam jak siedem nieszczęść powędrowały do domowego archiwum. Czerwoną, ortalionową bluzę dostałem od profesora. Było mi zimno, ale tylko przez niespełna dwa kilometry. Później znowu gorąco i ciężko. Bardzo ciężko. Przez moment chciało mi się spać. Popatrzyłem na zieloną trawę obok chodnika, a wewnętrzny głos podpowiadał mi, żebym się położył i zamknął oczy. Nagle, jak spod ziemi wyrośli Aga i Kuba. Spojrzałem na ich twarze, ale wyglądali jakby zobaczyli ducha i wtedy zrozumiałem, że to ze mną nie jest najlepiej. Chcieli odebrać ode mnie bluzę, ale nie wiem dlaczego, postanowiłem sam oddać ją profesorowi. W końcu odstąpiłem od tego głupiego pomysłu i już bez zbędnego balastu, który jeszcze przed chwilą był kołem ratunkowym, biegłem dalej.

 

4 kilometrowy „spacerek” kosztował mnie na tyle dużo, że kiedy wróciły siły, było już za późno. Motywowany przez profesora, który na ostatnie 10km wcielił się w rolę mojego osobistego lekarza i biegł obok, starałem się jeszcze walczyć o złamanie 11 godzin. Zabrakło minuty…jednej minuty. Aż dziwne, że mówimy o minucie w obliczu tylu godzin wysiłku. Kiedy wbiegałem na metę usłyszałem spikera, który wywołuje mnie z imienia i nazwiska. Później te słowa: „You are an Ironman” i zdjęcia z „biegnącymi palcami”, czyli nasza akcja dla Fundacji SYNAPSIS.

 

{gallery}kalmar_meta{/gallery}

 

Za metą rzuciłem się w objęcia wszystkich po kolei. Dziękowałem im za doping. Jak najszybciej chciałem wrócić do przyjaciół i najbliższych, więc pobyt w strefie żywieniowej i regeneracyjnej dla zawodników ograniczyłem do minimum. Spojrzałem tylko na organizację. Doskonała. Tuż po przekroczeniu mety wieszano zawodnikom medal na szyi, każdy „dostawał” swojego wolontariusza, który holował go aż do namiotów z masażami, żywieniem i prysznicami. Po drodze jeszcze oficjalna fotografia z medalem. Bufet obfity – owoce, kanapki, pizza, piwo i inne napoje. Nie sposób nie zaspokoić głodu. Przebrałem się i wróciłem do swoich. Poszliśmy na piwo uczcić świetny weekend. W restauracji tuż przy mecie spotkałem Stefana Petschinga – szefa Ironmana na Europę i Afrykę. Rozmawialiśmy zresztą już w marcu, kiedy byłem na obozie treningowym Akademii na Majorce. Okazało się, że w tym samym czasie odbywała się konferencja wszystkich organizatorów zawodów Ironman w Europie i Afryce. Wróciliśmy do rozmowy o organizacji Ironmana w Polsce, o czym zaczęliśmy dyskutować podczas pierwszego spotkania. Stefan Petsching powiedział bardzo jasno, że są pewne warunki brzegowe, które należy spełnić: doskonały team organizacyjny, który sprawdził się już w przeprowadzeniu zawodów na dystansie co najmniej HalfIronman, odpowiednia ilość zawodników z danego kraju i oczywiście licencja. Za sam fakt zorganizowania takich zawodów ze znaczkiem Ironmana trzeba zapłacić potężne pieniądze -setki tysiące euro! Nie muszę Wam chyba mówić, jak bardzo wzrośnie wówczas opłata startowa.

 

Ironman Kalmar przeszedł do historii. Niestety nie ma już miejsc na następny rok, ale być może będziemy mieć dobrą informację dla tych, którzy jeszcze mają nadzieję na dodatkowe sloty. Kilka dni temu dostałem wiadomość od Tobiasa Borgera – szwedzkiego organizatora, który zapewnił mnie, że trwają rozmowy z odpowiednimi służbami na temat możliwości dopuszczenia większej ilości zawodników na trasę zawodów.

 

Wracając jeszcze na koniec do organizacji przed zawodami, a więc procesu rejestracji, Expo i stref zmian muszę stwierdzić, że w Polsce wyglądało to w tym roku zdecydowanie lepiej. Susz i Malbork – a więc te zawody, gdzie jako zawodnik mogłem uczestniczyć, miały lepszą organizację i nie mamy czego się wstydzić. W Kalmar Expo nie zachwycało. Kilku wystawców rozstawionych w mało atrakcyjnym miejscu, gdzie było sporo piasku i rozkruszonego betonu, mało miejsca na spokojne oglądanie sprzętu (nie wspominając o przymierzaniu strojów). Do punktów rejestracji ustawiały się kolejki, a w namiocie nie było czym oddychać. W pakiecie startowym bardzo ładny plecak, który rekompensował oczekiwanie w kolejce.

 

{gallery}kalmar_2012{/gallery}

 

Jeżeli macie pytania odnośnie zawodów Kalmar, zapraszam na Forum.

3 KOMENTARZE

  1. relacja Łukasza + rewelacyjne wyniki chłopaków w Borównie sprawiły, że poważnie zastanawiam się nad przyśpieszeniem debiutu na dystansie IM z 2014 r. na 2013.
    Gratuluję PB Łukasz!

  2. Tak się naczytałem, tak się naczytałem, że zaczynam od października, jak achilles pozwoli, systematyczny plan przygotowań do pełnego IM. Chyba jeszcze nie w 2013, ale rok później. A na 2013 planuję dwie połówki i dwa maratony jako plan minimum.
    Niech się dzieje wola nieba.

  3. Widać , że sezon triathlonowy dobiega już końca. Czas podsumowań i świetnych relacji u Cb i pozostałych triathlonistów :-)) Gratuluję raz jeszcze z Pawłem drugiego już IRONMAN’a, tym razem w Kalmar, tym razem przy aplauzie rodziny i przyjaciół. Bezcenne! No i za rok życzymy pobicia „życiówki”. A póki co, niech ten drugi Grass, któremu nic się nie chce 🙂 grassuje po okolicy 🙂 Odpoczynek i reset również wpisane są w ten sport :)Pozdr. apw

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here