Wspomnienia z zawodów: Ironman w Klagenfurcie cz. 3

2

W poprzednich odcinkach (cześć 1, część 2): przygotowuję się do startu, a później płynę, płynę, płynę, płynę, płynę, płynę … i właśnie wychodzę z wody! Pora na część trzecią!

 

 

Torby z rzeczami na rower

 

Widzę wolontariuszy, pomagający wyjść z wody zawodnikom. Ech co za wafle, ja wyjdę sam, bez pomocy. Pierwszy krok na podwyższeniu, łup! Wstaję, łup! Łapię się ręki wolontariusza, który wyciąga mnie na górę. No dobra jestem waflem … jaki mam czas? Godzina dziesięć. Jeszcze miesiąc temu był to czas docelowy, jednakże po zawodach w Mortizburgu miałem ochotę na dwie-trzy minuty lepszy czas. Żadna strata. Torbę z rzeczami na rower znajduję bez problemu. Ludzie z dyskami już pojechali, mieli numery 191 i 193 – ich toreb już nie było. Zakładam kask, okulary, numer startowy na plecy, to już wszystko? Oglądam zawartość torby jeszcze dwa razy, lepiej stracić 10 sekund, niż zapomnieć czegoś niezbędnego. Chyba tak. Zabieram skondensowany magnez[3]i żel energetyczny i wybiegam z namiotu. Bieganie na bosaka po asfalcie jest nieprzyjemne, ale przypięcie butów do roweru jest znacznie lepsze od biegania w butach kompletnie i absolutnie do tego nieprzystosowanych. Jadę bez skarpetek, sprawdziłem – nie ma różnicy, buty ułożone są idealnie i nie obcierają. Włączam pulsometr i w drogę.

[3] – Taki skondensowany magnez pomaga w zachowaniu równowagi elektrolitycznej i uniknięciu skurczy

 

 

Początek trasy jest znakomity. Droga prowadzi w dół i daję tyle gazu na ile rozsądek pozwala. Pulsometr pokazuje, że jestem dawno poza progiem w którym zakwasza się mój organizm. Muszę się uspokoić, ale to za chwilę. Puls po 10-15km sam spadnie, teraz nie mogę popełnić błędu z zawodów w Moritzburgu i zwalniać za wszelką cenę – czekać aż puls dojdzie do wyznaczonego poziomu, jadę na wyczucie. Puls po pływaniu jest naturalnie podwyższony, dodatkowo adrenalina i stres na zmianie z całą pewnością także go zawyżają. Po 10 km puls spada do 150 uderzeń na minutę. Za dużo, ale cały czas czuję, że jest ok. Pierwszy podjazd, po nim uspokoję puls. Na podjeździe zwalniam, nie idę w trupa. Mam do przejechania 180 km, nie mogę ciąć ile fabryka dała na płaskich odcinkach i jeszcze przyspieszyć na podjazdach. Chociaż nie jest to motywujące, daję się wyprzedzać. Spokojnie Kuba! Powoli. Później, podsumowując zawody, najbardziej byłem dumny z rozłożenia sił i odżywiania na trasie. Podjazdy tak czy inaczej kosztowały więcej sił i puls na nich skakał, więc nie chciałem jeszcze bardziej sobie dokładać. Wolniejsza jazda miała także swoje zalety, kibice, którym odmachiwałem i dziękowałem słowem ‚Danke’ (jak zauważyła Monika mieszkająca od kilkunastu lat w Wiedniu, bez polskiego akcentu) dopingowali jeszcze mocniej, klepali po tyłku – jak na etapach górskich w Tour de France, inni robili szpaler i wykonywali meksykańską falę. Doping pierwsza klasa. Niektórzy krzyczeli do mnie po imieniu, część zamawiała posiłek, krzycząc ‚SUPA, SUPA, JAKOB, SUPA[4]’. Dla umilenia jazdy znajdowałem znanych ludzi noszących imiona współzawodników. Jechałem obok Guntera Grassa – na starość nieźle mu odbiło, ale tak to jest z urodzonymi 16 października; Andrea Doviciozo przerzucił  się z motorów na triatlon; Mario … Mario … na zawodach w Moritzburgu wymyśliłem setki Mariów, a dzisiaj pustka. Mario … Mario … Scheiber! Mario Matt! Sami austriaccy narciarze.

[4] – Super w języku niemieckim/austriackim brzmi właśnie tak

 

Na trasie rowerowej.

 

W końcu szczyt wzniesienia i przy okazji punkt z paszą. Chlust, polewam się wodą. Biorę bidony, wodę do polewania na dalszą część trasy, banana, żele na zapas. Należy pamiętać o jedzeniu! Bez prądu nie pojadę. Jeść, jeść i pić! Na zjazdach odrabiam straty z podjazdu. Być może ci z którymi rywalizuję widzieli otwarte złamanie po upadku na rowerze, ale to nie zaistniało jeszcze w mojej świadomości. Składam się w zakręty, opony trzymają rewelacyjnie. Jadę trochę niebezpiecznie – nie widziałem ludzi zjeżdżających po 65 km/h trzymając ręce na lemondce[5], ale doświadczenia z gór procentują.. Ścinanie zakrętów, dzięki którym tak łatwo wyprzedzałem, wbrew pozorom pozytywnie wpływa na bezpieczeństwo. Wystarczy zobaczyć jak jeździ się w formule 1 na zakrętach – od prawej do lewej – na całej szerokości drogi, dzięki temu można jechać szybko i pewnie. Trasa jest zamknięta dla ruchu samochodów, więc jest w miarę bezpiecznie, ale zostawiam sobie margines na błąd. Kolejne kilometry mijają, kolejne zjazdy, ale ja wiem, że te Austryjaki, to wredny i podły naród, po każdym zjeździe musi być podjazd. Najgorszy jest w na sześćdziesiątym kilometrze dziewięćdziesięciokilometrowego okrążenia. Jest podzielony na trzy mniejsze. Po wjechaniu na pierwszą półkę, trasa trochę odpuszcza, ale to tylko zasłona przed kolejnym ciosem. Część współzawodników minęło się z powołaniem i chcą zostać najlepszymi ‚góralami’ na Tour de France i wyrywają do przodu jak głupi. Powolne wjazdy męczą wystarczająco, a mocno naciskając na pedały gubi się przyjemność z odwzajemnienia sympatii w stronę gorąco dopingujących ‚fanów’. Na moje odmachiwanie kibice głośniej krzyczą i machają patentami do kibicowania, innym przybijam piątki.

 

2 KOMENTARZE

  1. Kuba kolejny świetny tekst. Bardzo lubię je czytać jako motywację i zachętę do treningu. Ale muszę się przyznać że miałeś rację ….kontuzja rotora barku wyłączyła mnie na co najmniej 2 tygodnie ….do tego trzasnęła łydka …. iwyszło że im człowiek starszy tym głupszy. Obiecuję solennie poprawę ale o tym już na moim blogu. Dzięki i pozdrawiam.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here