Rozmowa z twórcą GFNY Lidią Fluhme (Rękas), 7-krotną uczestniczką IM Kona

0
455

Seria GFNY ma dwóch twórców –  Lidię i Uliego Fluhme. Lidia jest z pochodzenia Polką, a do tego 7 razy z rzędu startowała na Hawajach! Z bardzo dobrymi wynikami. Zresztą slota zgarnęła 4 miesiące po swoim pierwszym starcie w TRI.

 

Lidia, kilka razy startowałaś na Konie. Powiedz coś więcej o swojej karierze w triathlonie.

Lidia Fluhme: Zaczęłam w maju 2005 roku, była to połówka Ironmana w St. Croix na Wyspach Dziewiczych. Miałam wówczas 24 lata i kompletnie nie wiedziałam, czego się spodziewać. Do tego stopnia, że spytałam organizatora, czy powinnam wziąć pieniądze, aby zapłacić za jedzenie na punktach odżywczych. Zapomniałam też o zdjęciu rękawiczek kolarskich w strefie T2, a półmaraton pokonałam marszobiegiem.

Na mecie jakaś inna zawodniczka zapytała mnie, gdzie startuję następnym razem. Pomyślałam, że to wariackie pytanie, bo przecież nie zrobię tego nigdy więcej. Jak się domyślacie, dwa dni później, gdy wróciłam do Nowego Jorku, zarejestrowałam się na 4 kolejne triathlony.

Nieco później, w jednym ze sklepów triathlonowych na Manhattanie poznałam trenera, który po zobaczeniu moich wyników z pierwszych startów zasugerował, że powinnam pojechać na ostatni wyścig kwalifikacyjny na Hawaje w danym sezonie i spróbować zdobyć slota. I tak, niecałe 4 miesiące od pierwszego startu na „połówce”, poleciałam na IRONMAN Korea i zwyciężyłam w swojej age groupie. 2 miesiące później wystartowałam na Konie.

Jak w ogóle trafiłaś do triathlonu?

Bardzo spodobał mi się ten cały zdrowy, sportowy styl życia, który wiąże się z byciem triathlonistą. Po ukończeniu studiów, szukałam w życiu czegoś, co pozwoli mi oderwać się od codziennych, długich godzin pracy na Wall Street. Ta praca była naprawdę stresująca i nie do końca dawała mi satysfakcję. Sport pozwolał mi złapać dystans i odświeżyć umysł. Zaczęłam potem szukać nowych ciekawych startów, podróżować na niewielkie imprezy lokalne i te wielkie na drugim końcu świata.

Próbowałam też sił w triathlonie olimpijskim ITU, aby zdobyć punkty na Igrzyska Olimpijskie w Pekinie, ale fatalnie pływam. Tak naprawdę zaczęłam pływać w wieku 24 lat i nigdy nie byłam w tym dobra, a jak wiadomo na „olimpijce” to podstawa. IRONMAN lepiej odpowiadał moim predyspozycjom, bo tam pływanie to w gruncie rzeczy „rozgrzewka”.

Łącznie, ukończyłam 20-krotnie dystans IRONMAN, w tym 7 lat z rzędu startowałam na Konie (2005-2011). Kona 2011 była moim ostatnim startem w triathlonie.

Czy rower zawsze był Twoją najmocniejszą stroną?

Odkąd skończyłam 12 lat, bardzo dużo biegałam w zawodach szkolnych. Rok wcześniej przyleciałam do Stanów z mamą. Tutaj dołączyłam do szkolnej reprezentacji i biegałam przełaje – głównie 5 km – oraz średnie dystanse na bieżni: 400m, 800m i 1500m w międzyszkolnych turniejach. Ta przygoda trwała 9 lat.

Kolarstwo przyszło o wiele później. Swój pierwszy rower szosowy kupiłam, gdy miałam 23 lata. Tak naprawdę, podczas startów w IRONMAN, moje wyniki na etapie kolarskim i biegowym nie należały do najlepszych, ale w sumie dawały mi niezły wynik końcowy.

 

Jak to się stało, że zaczęłaś organizować wyścigi kolarskie?

Mój mąż jeździł w zawodowej grupie kolarskiej we Włoszech w latach 90-tych. Startował też w zawodach IRONMAN jako zawodnik PRO, dwukrotnie dostał się na Konę i może się pochwalić rekordem życiowym na poziomie 8 godzin i 59 minut. W styczniu 2010 roku, niedługo po naszym poznaniu się, po raz pierwszy opowiedział mi o nowym dla mnie formacie zawodów: gran fondo.

W maju tegoż roku pojechaliśmy na mój pierwszy wyścig gran fondo we włoskich górach. Do tego czasu ukończyłam 16 lub 17 zawodów IRONMAN, ale nigdy nie dostałam tak w kość na rowerze, jak wtedy. Strome podjazdy, a przede wszystkim konieczność trzymania tempa dyktowanego przez grupę, sprawiły, że byłam wykończona. Rzadko zdarza się, aby w triathlonie, gdzie po rowerze musisz jeszcze biec, trasa kolarska była tak wymagająca. Na wyścigach kolarskich zdarzają się natomiast trasy z wieloma podjazdami o nachyleniu nawet 25%. Muszę przyznać, że to nowe wyzwanie mi się spodobało.

Tydzień po powrocie z Włoch, rzuciłam pracę w finansach i zajęłam się załatwianiem pozwoleń na organizację gran fondo w Nowym Jorku. Ponieważ była to w USA nowość, wszystkim urzędnikom tłumaczyłam, że to taki maraton na rowerach. To pozwalało im wyobrazić sobie taki event na podstawie znajomości maratonów biegowych: kobiety, mężczyźni, młodzi, starsi, profesjonaliści, amatorzy – wszyscy razem na starcie, aby zrealizować swoje własne cele i dobiec do mety, mając przy tym zmierzony czas i miejsce w kategorii wiekowej. U nas chodzi o to samo, tyle że jeździmy na rowerach.

Ale wyścig GFNY to chyba nie tylko start, meta i pomiar czasu…

Oczywiście, że nie. Organizacja wyścigu to znacznie więcej, choć zawodnicy mogą pewnych rzeczy nawet nie zauważać. Wystarczy wspomnieć chociażby łączność radiową pomiędzy członkami zespołu organizacyjnego, osobami na trasie i personelem medycznym, centrum zarządzania kryzysowego, gdzie zapadają najważniejsze decyzje w czasie wyścigu, czy doświadczonych sędziów, którzy dbają o to, aby wszystko przebiegło zgodnie z zasadami.

Co stanowi zatem „rdzeń” GFNY? Taki zestaw absolutnie wymaganych cech każdego wyścigu?

Przede wszystkim GFNY jest dla każdego i każdemu zawodnikowi zapewniamy pomiar czasu od startu do mety. Starsi, młodsi, kobiety, mężczyźni, amatorzy i zaawansowani kolarze – wszyscy startują razem, mierzą się z tą samą trasą i warunkami pogodowymi. Dzięki temu mogą porównać swoje wyniki do innych – znajomych czy np. zwycięzców swojej kategorii wiekowej. Bo zawsze nagradzamy najlepszych w kategoriach wiekowych.

Wszystkie wyścigi GFNY mają też w pełni zamknięte dla ruchu trasy lub są one w całości kontrolowane przez policję, co gwarantuje zawodnikom duży komfort rywalizacji. W Gdyni trasa będzie całkowicie zamknięta. To nie jest standard – ani w Polsce, ani na świecie. To przywilej móc przejechać sto kilkadziesiąt kilometrów pięknej trasy i móc skupić się wyłącznie na jeździe i rywalizacji.

Ponadto, naszym „oczkiem w głowie” i swoistym znakiem rozpoznawczym są oryginalne koszulki kolarskie GFNY, w których startują wszyscy zawodnicy. Szyjemy je we Włoszech, w najlepszej szwalni, która zaopatruje połowę ekip UCI World Tour, w tym Team Sky. To jest naprawdę najwyższa możliwa jakość, a u nas każdy otrzymuje taką koszulkę w pakiecie startowym.

GFNY to swoisty styl życia. Wielu zawodników podróżuje po całym świecie na wyścigi z tej serii. Jak udało Wam się dojść do tego punktu?

Od początku otrzymywaliśmy wiele wiadomości w stylu „Wczorajsze GFNY w Nowym Jorku było super. Możecie powtórzyć to za tydzień?”. Wiadomo, że nie jest to możliwe, ale odsyłaliśmy takie osoby na inne gran fondo, zazwyczaj we Włoszech. Zobaczyliśmy jednak, że wcale tam nie jeździli, nawet jeśli nawiązaliśmy współpracę partnerską z wybranymi wyścigami. Wpływało na to kilka czynników:

  • Wyścigi nie prowadziły żadnej komunikacji w języku angielskim.
  • Wyścigi nie były przygotowane na przyjęcie zawodników z zagranicy, albo nawet spoza własnego miasteczka. Dla przykładu: jeśli nie mogłeś kontynuować jazdy, musiałeś radzić sobie sam. Dla miejscowych nie był to problem – mogli zawsze po kogoś zadzwonić, znali okolice. Dla przyjezdnych byłby to duży problem.
  • Cała logistyka związana z taką podróżą była dla wielu odstraszająca.

Po jakimś czasie zrozumieliśmy też, że są lepiej i gorzej zorganizowane wyścigi gran fondo. Jeśli trafisz na ten gorszy, to nie tylko nie będziesz miał radości z wyścigu. Stracisz też sporo pieniędzy na wyjazd zagraniczny i, co nawet gorsze, zepsujesz sobie urlop.

Latem 2013 roku jedliśmy lunch z przyjacielem, który organizował wyścig gran fondo we Włoszech. Wtedy zdecydowaliśmy, aby zorganizować GFNY Italia, w terminie jesiennym, aby stworzyć nową okazję do ścigania się m.in. dla tych, którzy w maju jeździli w naszym nowojorskim wyścigu. Traf chciał, że niemal dokładnie w tym samym czasie skontaktował się z nami inny organizator, który startował w Nowym Jorku i powiedział, że chce zorganizować podobny wyścig na cudownej, meksykańskiej wyspie na Morzu Karaibskim. Tak powstało GFNY Cozumel.

Wtedy na poważnie zaczęliśmy myśleć o stworzeniu całej serii GFNY. Stworzyliśmy jednolite zasady, wytyczne i wskazówki do organizacji wyścigu oraz całą identyfikację wizualną. W pierwszym sezonie (2014-2015), mieliśmy 6 wyścigów. Jak się okazało, zawodnicy zaczęli na nie podróżować, bo zwyczajnie ufali marce GFNY. I tak jest do dzisiaj. Otrzymujemy wiele propozycji organizacji GFNY w nowych miejscach i wszystkie gruntownie analizujemy. Jeśli decydujemy się na dodanie nowego wyścigu, mamy pewność, że będzie miał świetną trasę, będzie bezpieczny i zapewni niezapomniane wrażenia zarówno lokalnym kolarzom, jak i zawodnikom i ich rodzinom z najdalszych zakątków świata.

Nigdy nie ukrywaliśmy, że w pewnym sensie skopiowaliśmy format, który był nam znany z wyścigów IRONMAN. Podróżowaliśmy na zawody na całym świecie, ale wiedzieliśmy, że zasady rywalizacji są te same, standard organizacyjny podobny itd. Wiedzieliśmy, czego możemy się spodziewać i oczekiwać. Często spotykaliśmy znajome twarze z innych wyścigów i, co ważne, wiedzieliśmy, że organizatorzy tych zawodów są przyzwyczajeni do zawodników z różnych zakątków świata. Dzięki temu, zawsze był ktoś, kto rozmawiał po angielsku, mieliśmy listę rekomendowanych hoteli, czy otrzymywaliśmy zestaw praktycznych informacji w języku angielskim. To wszystko ułatwiało logistykę i całe przygotowanie do startu. To oczywiście nakłada na organizatorów dodatkową pracę, ale zależy nam, aby każdy wyścig GFNY oferował ten sam standard, do którego nasi zawodnicy są już przyzwyczajeni i którego spodziewają się także po nowych wyścigach pod szyldem GFNY.

Czy nagradzacie jakoś najbardziej lojalnych uczestników Waszych imprez?

Już w drugim roku funkcjonowania serii GFNY World, mieliśmy zawodników, którzy potrafili wystartować w 5 lub 6 wyścigach w ciągu roku. To było niesamowite! Część z nich dopytywała o możliwość kupienia rocznego „abonamentu”, ponieważ stawiają sobie za cel ukończenie wszystkich wyścigów z serii.

Zdecydowaliśmy więc, aby wprowadzić medale ‚multi-finishera’. Dla przykładu: w 2018 roku wystarczy wystartować w trzech wyścigach (np. Polska, Niemcy, Portugalia), aby otrzymać specjalny medal. Mamy też okolicznościowe medale dla tych, którzy ukończą 10, 20, 30 czy 40 wyścigów GFNY – oczywiście nie w ciągu roku. Więcej szczegółów można znaleźć na https://gfny.com/medals. Jakby na to nie patrzeć, zasługujemy przecież na więcej medali, prawda?

Wróćmy jeszcze do triathlonu. Czy starty w gran fondo miały jakieś przełożenie na Twoje wyniki w triathlonie?

Kluczem do poprawy wyników w triathlonie jest progres w każdej z trzech dyscyplin indywidualnie. Regularnie startowałam w zawodach pływackich i biegach, co pozwalało mi poprawiać się w tych dyscyplinach.

W czasie mojej kariery triathlonowej, w USA nie było imprez kolarskich otwartych dla każdego. Trzeba było posiadać licencję kolarską i ścigać się wyłącznie z osobami ze swojej kategorii. Próbowałam brać udział w wyścigach dla kobiet, ale zdarzało się, że byłam jedyną zawodniczką lub było nas dosłownie kilka. Ciężko nazwać to wyścigiem kolarskim. Ale wtedy pojawił się Uli i ta genialna podróż do Włoch, aby doświadczyć gran fondo. Gdy zaczęłam ścigać się w gran fondo, mój rower w triathlonie gwałtownie się poprawił.

Ciekawostka – przez 6 lat utknęłam na Konie z czasem powyżej 11 godzin. Gdy startowałam tam siódmy i ostatni raz, w 2011 roku, miałam za sobą już kilka startów w wyścigach gran fondo. Nigdy tego nie zapomnę. Moje nogi zwykle odmawiały posłuszeństwa w okolicach Waikoloa, w drodze powrotnej do Kailua-Kona. Ale tym razem, nic takiego się nie wydarzyło. Mogłam dalej jechać mocnym tempem, ustanawiając swój najlepszy wynik roweru na Hawajach. A trzeba powiedzieć, że był to rok, kiedy wiatr był całkiem mocny. Bieg zaczęłam świeższa i z większą ilością paliwa w baku, niż kiedykolwiek wcześniej.

Mistrzostwa Świata IRONMAN to jedyny wyścig, w którym startowałam regularnie przez kilka lat i na tej samej trasie. Nawet biorąc pod uwagę różną siłę wiatru w kolejnych latach, na tej podstawie mogę jasno powiedzieć, że jazda w gran fondo pozwoliła mi stać się lepszą triathlonistką.

Jaka jest główna różnica pomiędzy jazdą w gran fondo a rowerem podczas rywalizacji triathlonowej?

To dwa zupełnie różne światy. Triathlon to sport indywidualny, w zawodach IRONMAN nie można przecież draftować. Jedziesz więc tak szybko, jak możesz i liczysz na to, że utrzymasz tempo do końca. W kolarstwie, nie zawsze jedziesz na maxa. To grupa dyktuje tempo. Czasami jest wolniejsze, ale czasem musisz wypruwać sobie żyły, aby utrzymać się w grupie. W takich sytuacjach musiałam jechać tempem, którego nigdy nie zaznałam podczas triathlonu.

Kolarstwo szosowe jest też o wiele bardziej „socjalizujące” – musisz jechać w grupie, inaczej tracisz mnóstwo energii. Nie oznacza to oczywiście, że ledwo pedałujesz i oddajesz się pogawędkom – w końcu też musiałeś wcześnie wstać, zapłacić wpisowe, a twój elektroniczny chip nie będzie miał na mecie litości. Mam na myśli, że jesteś zależny od innych na trasie. Jeśli odpadniesz z jednej grupy, w zasadzie możesz przestać pedałować i poczekać na kolejną. Dlatego tak ważne jest, aby utrzymać się w grupie – inaczej tracisz całe minuty.

W triathlonie, to ja zawsze dyktowałam tempo. Jeśli czułam, że jestem na granicy, zwalniałam i zbierałam siły. W kolarstwie to niemożliwe. Musisz się utrzymać w grupie. Dlatego jest to tak wymagające, ale też fajne!

Jakie masz teraz plany startowe? Skupiasz się wyłącznie na kolarstwie?

Tak, obecnie startuję wyłącznie na szosie, głównie w imprezach GFNY. Zwykle startujemy też w kilku imprezach gran fondo we Włoszech, ale naprawdę uwielbiamy ścigać się w GFNY.

Niedawno byliśmy z mężem na GFNY Chile. Wychodząc z hotelu na przejażdżkę, w lobby spotkaliśmy mężczyznę, którego poznałam 3 miesiące wcześniej na GFNY Brasil. Ciągnął mnie wtedy na trasie przez jakieś 10 km i był świetnym „motorem napędowym”. Nie udało mi się go po wyścigu złapać, żeby podziękować. Jak widać, okazja trafiła się w Chile. To jest najlepsze w GFNY. Spotykamy znajomą twarz, nikt z nas nie mówi za dobrze po hiszpańsku, ale wszyscy jesteśmy tysiące kilometrów od domu, w Santiago, bo kochamy GFNY i chcemy znowu przeżyć niezapomniane chwile podczas wyścigu.

Gdy jestem zarejestrowana na zawody, mam przed sobą cel i motywację do wyjścia na trening. To oczywiste, że czasem po prostu nie chce mi się iść na te 5 godzin treningu. Ale wtedy mam przed oczami te 136 km po Kaszubach, czy kolejne 162 km na GFNY Deutschland. To pomaga mi się zebrać, a potem cieszę się, że jednak zrobiłam ten trening.

Wspomniałaś o trasie po Kaszubach. Planujecie przyjechać do Polski na GFNY Gdynia?

Oczywiście! Jako Polka, zawsze marzyłam, aby GFNY zawitało do naszego kraju. Ponadto, większość naszych pracowników przy GFNY New York City pochodzi z Polski. W przeszłości byłam członkinią grupy Łowcy Przygód – turystów, wspinaczy, alpinistów. Poza sezonem triathlonowym, jeździłam z nimi na wiele wycieczek. Kiedy wystartowaliśmy z GFNY, wielu Łowców dołączyło do naszej ekipy. Jeden z nich, Maciej Narzewski, został z nami jako pełnoetatowy pracownik i od ponad pięciu lat jest naszym kierownikiem logistyki. Wielu Łowców pomaga nam nadal co roku przy organizacji wyścigu w Nowym Jorku. Są genialni w tym, co robią i zawsze mieli nadzieję, że GFNY dojedzie do Polski. Jesteśmy z tego powodu naprawdę podekscytowani.

Start ze Skweru Kościuszki będzie zachwycający, mam ciarki na samą myśl o tych chwilach tuż przed początkiem wyścigu. Poranna nerwówka przed startem, podekscytowani zawodnicy, muzyka, pewnie jacyś znajomi z innych imprez GFNY i…w końcu start!

Sama trasa też zapowiada się bardzo interesująco. 136 km to świetny dystans we wczesnym etapie sezonu. Idealny, aby mając już w nogach trochę przejechanych na treningach kilometrów, spróbować mocniej docisnąć. Do tego kaszubska sceneria i te pagórki, które w połączeniu z jazdą w grupach, będą stanowiły całkiem spore wyzwanie.

Ostatnie pytanie. Jaką radę dałabyś triathlonistom, którzy planują start w GFNY Polska Gdynia?

Jeśli czujesz, że masz dużo sił i nie chcesz jechać z aktualną grupą, przesuń się na jej czoło i pociągnij całą grupę. Nie ma potrzeby odrywać się. Po prostu zrób zmianę i utrzymaj dotychczasowe tempo grupy. Jeśli mocno przyśpieszysz i się oderwiesz, grupa będzie musiała cię dogonić. Pamiętaj, że jadąc w pojedynkę tempo grupy utrzymasz przez 5-10 minut. Jeśli przyśpieszysz, nie wytrzymasz nawet tyle. Oczywiście, agresywne ataki i „wykańczanie” przeciwników to zagrywki taktyczne, które mogą przynieść sukces, jeśli walczysz o zwycięstwo w całym wyścigu. Jeśli jednak jedziesz gdzieś dalej, powiedzmy 30-90 minut za zwycięzcą, twoja grupa to twoi sprzymierzeńcy, nie rywale. Pracujcie razem, aby wspólnie utrzymać jak najlepsze tempo i być może dogonić grupy, które jadą przed wami.

GFNY Polska wypada w świetnym terminie, aby pomóc ci poprawić się na rowerze podczas późniejszych startów triathlonowych. Możesz spodziewać się międzynarodowego peletonu i cieszyć się jazdą na wspaniałej, bezpiecznej i w pełni wyłączonej z ruchu samochodowego trasie, która przy okazji w sporej części pokrywa się z trasą największego triathlonu w kraju. Jedyne, co musisz zrobić, to skupić się na osiągnięciu jak najlepszego wyniku. Be a Pro For a Day!

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here