Ironman dla zuchwałych. Część I. “Pomiędzy kiedyś a wkrótce”

6
Nie potrafię dzisiaj wskazać konkretnie, kiedy i jak się to stało, że moje myśli zaczęły krążyć wokół Ironmana. 3 lata temu zorientowałem się, że jest taka dyscyplina jak triathlon i wkrótce po tym moje – zuchwałe jak wielu sądzi – myśli zaczęły coraz częściej krążyć wokół czerwonego M z kropką, po to, aby wkrótce na stałe przerodzić się w pragnienie przekroczenia największej jak dotąd granicy mojej fizyczności.
Coraz więcej oglądałem, słuchałem, czytałem i tak właśnie trafiłem na 34-tygodniowy plan Filipa Szołowskiego na stronie Akademii Triathlonu. Natychmiast po przeczytaniu pierwszego zdania, uznałem, że to jest to, czego podświadomie szukałem! „Czy da się przygotować w kilka miesięcy do Ironmana kogoś, kto ma siedzący tryb życia i ze sportem nie miał wiele wspólnego? Ktoś powie – to szaleństwo, nie da się tego zrobić! Ja odpowiem – zgodzę się, że to szaleństwo, ale jest to do zrobienia”.
Od razu pokochałem tego gościa! Tak, mam 44 lata, od niemal roku jestem weganinem, nie mam sportowej przeszłości, a mój organizm kilka razy już się zbuntował. Czy to oznacza, że z góry muszę zakładać niepowodzenie i ulegać jakże „budującym”:  to nie dla Ciebie, nie dasz rady, to niemożliwe, skompromitujesz się, inni może tak, ale Ty? Nie, nie muszę! Co więcej, nie chcę i nie ulegnę. Zrobię to i wcale nie dlatego, żeby komukolwiek cokolwiek udowadniać.
Ktoś zapyta, jaka motywacja stoi za moją decyzją? Otóż, chciałbym zrobić coś na tyle dużego, żebym już nigdy nie miał wątpliwości, że życie nie tylko mi się przytrafia, ale jestem jego współautorem. Mam na nie wpływ i choć nie na wszystko, to jednak bardzo wiele jest w moich rękach. Nie mogę bezczynnie czekać, aż w te ręce samo coś mi wpadnie, bo może akurat przelatywać nade mną ptak i wpadnie mi jakieś… no właśnie 😊.
Mam na imię Tomasz, a wiecie, jak to z nami jest, wiele razy słyszymy „Ech Ty niewierny Tomaszu”, a to zobowiązuje i sprawia, że my lubimy twarde dowody 😊
Po co? Lista jest jeszcze otwarta i pewnie kiedyś odkryję tego więcej, ale to pewna forma katharsis, wzmocnienia mojego fundamentu, zadośćuczynienia, wskazania drogi… sprawa mocno intymna. Chrissie Wellington w swojej książce „Bez Ograniczeń” zdefiniowała Ironmana w sposób, który u większości ludzi, nie mających nic wspólnego z triathlonem, może budzić zdziwienie, niechęć a nawet grozę. Jednak nie u mnie.
„Ironman odsłoni twoje prawdziwe oblicze. Samo jego ukończenie jest zwycięstwem. Ludzie wymiotują na poboczach, tracą kontrolę nad podstawowymi funkcjami organizmu, mdleją, wpadają w obłęd, rozpaczliwie szukają linii mety, gdy ta znajduje się jeszcze wiele kilometrów przed nimi. Ironman uwalnia skrajne emocje, zmusza do sięgnięcia po najgłębsze rezerwy sił fizycznych i psychicznych. Do granic”.
Tyle mi wystarczy. Nie myliłem się. Tego szukałem! Nie zniechęcają ani nie odstraszają mnie doświadczenia z przeszłości, kiedy to mój organizm okazywał swoją słabość – a może to nie była słabość a wołanie o to, żebym się z nim zaprzyjaźnił i zaczął go szanować i słuchać?
Wstrząśnienie mózgu, rozerwany staw skokowy, złamana prawa ręka w łokciu, usunięty „dysk” z kręgosłupa, przepuklina i zszyte mięśnie brzucha, skręcenie stawu kolanowego… nie to nie były najgorsze rzeczy, jakie mu zrobiłem. Paradoksalnie dzięki nim zrozumiałem , że najważniejsze, to słuchać i umieć rozumieć to, co mówi nam nasz organizm, bo on wcześniej ostrzega i komunikuje grożącą nam i nieuchronnie nadciągającą awarię. Być może tylko ja mam takie doświadczenia, ale je mam, a te nie pozwalają mi na bezkrytyczne i poważnie traktowanie zaleceń i diagnoz, jakie stawiane są mi przez lekarzy. Absolutnie nie twierdzę, że wszystkim lekarzom brakuje kompetencji, bo niejednokrotnie miałem do czynienia ze świetnymi fachowcami, ale nie umiem obojętnie przejść obok faktu, kiedy to trzech lekarzy stawia mi całkowicie sprzeczną diagnozę czy zalecenia.
Kiedy wychodziłem ze szpitala po operacji kręgosłupa, usłyszałem od operującego mnie neurochirurga, że mam natychmiast rozpocząć rehabilitację, zapomnieć o tym, co było i żyć normalnie. Kiedy po miesiącu byłem w tym samym szpitalu u innego neurochirurga na rutynowej wizycie kontrolnej usłyszałem, że absolutnie nie wolno mi się rehabilitować zanim nie miną 3 miesiące od zabiegu i do końca życia muszę bardzo uważać, nie dźwigać więcej niż 2 kg, itp.
Innym razem, kiedy zauważyłem dziwne uwypuklenie po jednej ze stron mojego brzucha chirurg stwierdził, że to tkanka tłuszczowa zgromadziła się trochę nietypowo. USG wykonane przez innego specjalistę pod kątem przepukliny (na moje życzenie oczywiście, bo nikt nie widział takiej potrzeby) także nie wykazało nic niepokojącego. A uwypuklenie? Rozejdzie się samo – usłyszałem. Do trzeciego lekarza poszedłem już z polecenia, a ten po 30 sekundach badania bezwzględnie rozpoznał przepuklinę z trudem powstrzymując śmiech, kiedy wspominałem o diagnozie jego poprzedników. Kilka dni później wszył mi jakąś gustowną siateczkę trzymającą moje wnętrzności w ryzach, zszył mięśnie i wszystko działa.
Swoim kunsztem błysnął także jeden z ortopedów (do dziś nie wiem, który z nich miał rację), kiedy to w ubiegłym roku skręciłem nogę w stawie kolanowym; „nie unieruchomię Panu nogi, bo to wyrządzi więcej szkody niż pożytku, proszę poruszać się o kulach, a wysięk z kolana (tzw.”woda”) na pewno sam się wchłonie”. 7 dni później, planowa wizyta kontrolna, ten sam prywatny ośrodek zdrowia, ale ortopeda już inny: “Dlaczego nie ma Pan nogi w gipsie? Jak to możliwe, że lekarz nie ściągnął Panu „wody” z kolana – to się nigdy nie wchłonie i dodatkowo uszkodzi Pan staw.”
Intrygujące jest także to, że na przestrzeni kilkunastu ostatnich lat wielokrotnie zgłaszałem się do różnych „specjalistów” z bólem kolana. Badania i diagnozy były oczywiście różne, ale zawsze sprowadzały się do jednego; moje kolana były nieodwracalnie zniszczone – „zużyte”. Cóż, nigdy nie twierdziłem, że jestem z tytanu, ale jak to jest, że fizjoterapeuta, do którego niemal za ucho zaprowadziła mnie 2 lata temu moja żona, w trakcie 5 zabiegów postawił mnie na nogi, a ja po raz pierwszy od kilkunastu lat przestałem odczuwać ból? Niestety, lata chodzenia w sposób, który pozwalał unikać bólu spowodował duże zaburzenie motoryki, dysproporcje mięśniowe, itp. Właściwie od nowa musiałem uczyć się wchodzić po schodach, spacerować, a nawet po prostu stać w miejscu tak, aby moje ciało pracowało zgodnie z jego przeznaczeniem.
Wydrukowałem plan. Zaczynam. Tydzień 1
Hmmm…no ja rozumiem, że intensywność będzie wzrastać z każdym tygodniem, ale mimo wszystko trochę mało tych treningów, trochę jakby za lekkie. Czy to na pewno plan przygotowujący mnie do pokonania 3,8 km kraulem, 180 km na rowerze i 42 km biegu?

Pułapkę na niecierpliwych już znam, bo wpadłem w nią na początku roku, kiedy to postanowiłem zacząć mocno i intensywnie trenować zgodnie z zasadą, że bez bólu nie ma postępów, a im ciężej tym lepiej. Oczywiście słyszałem przestrogę, żę nie tędy droga, ale jak pewnie wielu z Was pomyślałem „Mnie to nie dotyczy, ja mam inaczej i na pewno się nie przetrenuję”. Zapalenie rozcięgna podeszwowego + zapalenie ścięgna Achillesa + zespół przeciążania przyśrodkowej okolicy piszczeli + absolutna utrata motywacji … teraz wiem, że to musiało się tak skończyć. Wypadłem całkowicie z treningów na 4 miesiące.
W ubiegłym miesiącu postanowiłem sprawdzić, czy pozostało jeszcze cokolwiek z wypracowanej wcześniej formy i wziąłem udział w lokalnych zawodach na dystansie 1/8 IM.  Dopłynąłem tylko dlatego, że ratownik był za daleko ode mnie i bałem się, że nie zobaczy mojej wołającej o pomoc podniesionej do góry ręki, dojechałem bo bałem się, że kiedy zsiądę z roweru i będę wracał na nogach nie znajdę drogi powrotnej i będę się błąkał do wieczora, dobiegłem…właściwie nie wiem jak, bo na chwilę urwał mi się film.
W taki sposób niewierny Tomasz stał się Tomaszem pokornym i już nie dyskutuję z planem treningowym, na który się zdecydowałem.
Plan rozpocząłem 12.10.2020 i pierwszy tydzień faktycznie jest lekki, ale trzeba dać organizmowi do zrozumienia, że musi nauczyć się adaptować do wysiłku. 19-25 to drugi tydzień planu, gdzie dochodzi piąty dzień treningu w tygodniu. Nadal jest lekko, ale biorąc pod uwagę zamknięcie basenów w związku z COVID-19, będę zmuszony wykazać się kreatywnością, więc będzie ciekawie.
Niebawem podzielę się kolejnymi informacjami z linii frontu i skupię się już raczej wyłącznie na tym, co „pomiędzy kiedyś a wkrótce”.
Gorąco zachęcam do śledzenia moich postępów.

6 KOMENTARZE

  1. Witaj,
    Pytanko mam jak wyglądał twój brzuch ??
    Bo borykam się z podobna sprawa.
    No i kontuzje co jakiś czas. (Kostka, rozsciegno )
    Tez mam takie marzenie jak IM

  2. Dzięki 🙂 Trzymam rękę na pulsie stale kontrolując poziom pokory 🙂 Gdybyś zauważył, że mnie ponosi to będę zobowiązany za klapsa 🙂

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here